Pomiń zawartość →

Straganowy VM

Nawet na wakacjach jestem VM’em. Nie da się od tego uciec. Zatem gdy podczas tegorocznego urlopu w końcu postanowiliśmy opuścić na jedno popołudnie plażę i wyruszyliśmy na poszukiwanie drobnych upominków dla przyjaciół musiałem, po prostu musiałem, od razu przeanalizować to, co widzę w sklepikach i na stoiskach.

Było źle. I pomyślałem sobie – nieważne, czy to Hiszpania, czy Polska – sprzedający wciąż mają Klienta i jego potrzeby głęboko w poważaniu.

Najważniejsze jest pokazać, że towaru jest dużo, wysypuje się z półek, że to właśnie tu możesz kupić magnes na lodówkę, ozdobny korek do wina i podrabiany t-shirt marek adidas/levis/nike. Oczywiście wszystko jest zakurzone, zaprezentowane przypadkowo i byle jak. W końcu cel jest jasny: sprzedać teraz, już – bo konkurencja ma dokładnie to samo, w takich samych cenach, tej samej (byle) jakości.

Nikt nie myśli tu o tym, że Klient powróci. No bo pewnie tego nie zrobi – po co zatem się starać? I choć pewnie „starzy wyjadacze handlu” w tym momencie dopowiedzieliby „tak”, „zawsze tak było”, „to się sprawdza”, to nie mają racji. Serio.

Ponieważ nadchodzi nowa generacja – i owszem sklepy „jak z zeszłej epoki” mogą niektórym młodszym osobom się podobać (kilka lat temu nazywaliśmy persony z takim osobliwym gustem „hipsterami”) – lecz tylko gdy będą nieliczne, pojedyncze, a nie, gdy ich cały urok będzie oparty na bałaganie i masowości. Bo Millenialsi, generacja Z i inne młodsze pokolenia muszą czegoś doświadczyć, zrozumieć, po co mają wydać pieniądze, co im to da. Nie chodzi o to, że każda transakcja kupna (np. kubka ze śmiesznym napisem) ma być „interesem życia” – chodzi o to, by niosła za sobą coś. Poczucie wyjątkowości, albo przeżycie chwili zabawy, czy umiejscowienia w kontekście niezapomnianych wakacji, itp.

I opowiem Wam tą historię do końca – nic nie kupiliśmy w budach i zapyziałych sklepikach. Na końcu promenady był sklep Ale Hop (rodzaj hiszpańskiego flying TIGER’a z prezentami i drobnymi gadżetami). I tam nabyliśmy wszyscy upominki. Tak, jednym z powodów były same prezentowane produkty – kolorowe, świeże, zabawne. Jednak nikt z nas nie popatrzył na cenę – ważniejszy był klimat. W wejściu sklepu stała naturalnej wielkości plastikowa krowa, ścieżka klienta była przejrzysta, sklep był świetnie oświetlony, produkty sensownie rozłożone, a cross-merchandising idealny. Komunikaty przejrzyste, produkt dostępny i zachęcający, by go „pomacać”.  Przyjemna, wakacyjna muzyka, świeży zapach. Sprzedawcy pomocni i uśmiechnięci. Po prostu normalny, współczesny sklep. Nic super zadziwającego – oprócz krowy w wejściu – wszyscy widzieliśmy podobne rozwiązania w wielu sieciowych salonach.

Tylko czy na pewno to takie normalne? – zadałem sobie to pytanie, gdy w ostatni weekend na „dokładkę wakacji” byłem w kilku polskich uzdrowiskowych miejscowościach (Wisła, Ustroń, Zakopane).  I miałem deja vu – znowu wszystko było byle jakie, chaotyczne, lekko przykurzone. Podróbki takie same (tylko innych marek) wysypywały się z półek i lad.

Opublikowano w BLOG

Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *